Kanclerz skarbu i MFW zgadzają się. Gospodarka brytyjska wkrótce doświadczy największego uderzenia od dziesięcioleci. Jest to szkoda uboczna wojny Stanów Zjednoczonych z Iranem i zamknięcia cieśniny Ormuz, która ulegnie pogorszeniu w wyniku nałożenia sankcji na eksport ropy z Zatoki Perskiej. Wielką Brytanię osłabiły już cztery lata sankcji nałożonych na Rosję w związku z Ukrainą. Teraz jego wzrost gospodarczy zostanie zmiażdżony, popularność rządu gwałtownie spada, a premierowi może grozić usunięcie.
To właśnie sankcje miały zrobić z wrogiem, a nie z Wielką Brytanią. Ich bezprecedensowa surowość miała na celu nauczenie Władimira Putina błędów w jego postępowaniu. Przyjaciele mieli go błagać, żeby przestał. Jednak w latach po wejściu w życie sankcji tempo wzrostu gospodarczego w Rosji było wyższe niż w Wielkiej Brytanii. Tymczasem sankcje nałożone na Iran w 2010 roku miały na celu wstrzymanie jego programu nuklearnego. Wyglądało na to, że zachęcali do tego. Teraz mają na celu podważenie reżimu w Teheranie i obalenie ajatollahów. Wydaje się, że są na to niewielkie szanse.
Stany Zjednoczone nakładają obecnie sankcje gospodarcze na około 30 krajów na całym świecie, do których często dołączają inne zachodnie rządy. Oprócz Iranu są to Korea Północna, Birma, Białoruś i Afganistan. Cechą wspólną wielu z tych państw jest to, że nadal rządzą nimi te same reżimy, co w momencie nałożenia sankcji; krótko mówiąc, sankcje nie przyczyniły się do ich destabilizacji.
Sankcje wzmocniły także antyzachodni chińsko-rosyjski sojusz handlowy. Spowodowały one, że wiele krajów dołączyło do krajów partnerskich Brics (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Republika Południowej Afryki) krajów rozwijających się przeciwko zachodniej grupie G7. Przyniosły one zdumiewająco efekt przeciwny do zamierzonego.
Broń ekonomiczna Nicholasa Muldera, jedno z niewielu akademickich studiów na temat sankcji, ukazuje historyczną daremność wykorzystywania handlu do grożenia wrogowi. Z wyjątkiem małych państw, handel zawsze znajduje swoje wyjście. Sankcje mają również niewielki wpływ na kraje odporne na demokrację wewnętrzną. Przed drugą wojną światową były one nieskuteczne wobec mocarstw faszystowskich, popychając je jedynie w stronę samowystarczalności. „Historia sankcji” – mówi Mulder – „to historia rozczarowań”. Entuzjaści zawsze odpowiadają, że „tym razem będzie inaczej”. Nigdy tak nie jest.
Zespoły doradców ds. obronności dziwnie unikają tego tematu. Powodem jest to, że w rozumieniu wojskowym sankcje są agresją, która brzmi ostro, ale w wygodny sposób pozwala uniknąć rzeczywistej siły. Liberałowie je lubią, bo wydają się macho alternatywą dla pacyfizmu. Konserwatyści ich lubią, ponieważ w trudnych rozmowach można ich ubrać jako „dzikich, huśtających się, paraliżujących”, nie brzmiąc przy tym zbyt mrożąco krew w żyłach brutalności.
Przede wszystkim stratedzy uważają sankcje za lepszy sposób niż bombardowania jako sposób demonstracji siły. Wykazują zniszczenia i uszkodzenia, unikając przy tym konieczności pokazywania rzeczywistych rezultatów. Przez dziesięciolecia umożliwiały bogatemu Zachodowi wywieranie pewnego postimperialnego zasięgu, sprawianie wrażenia, że mu zależy, ale nie za bardzo. Jeśli ktoś ucierpi, to głównie cisi biedni.
Tak naprawdę sankcje mają znacznie poważniejsze konsekwencje, które działają bezpośrednio przeciwko rzekomemu celowi, jakim jest zmiana reżimu. Utrudnienia w handlu i zamrożenie kontaktów z narodami docelowymi nieuchronnie sprzyjają odpływowi ich klas kupieckich i zawodowych. To wykracza poza wszelkie represje stosowane przez reżim. Ucieczka naukowców, inżynierów, naukowców i ogólnie społeczności handlowej z Iranu była druzgocąca.
Od czasu rewolucji w Iranie w 1979 r. kraj ten stracił miliony obywateli na skutek emigracji. Od 2021 r. ponad cztery miliony Irańczyków mieszkało za granicą, a raporty sugerują, że duża część z nich pochodzi z wykształconej klasy średniej. To niepomiernie osłabiło siły, które mogłyby zastąpić istniejący reżim. Być może zapewniło to utrzymanie usług medycznych i innych w Europie i USA oraz stworzyło ożywioną diasporę emigrantów, ale sankcje wydrążyły klasę wykształconą i pieniądze, które mogłyby wzmocnić sprzeciw i skutkować odświeżoną demokracją. To byli ludzie, którzy odpowiedzieli na trwający osiem lat liberalizujący reżim Mohammada Khatamiego w Iranie.
W Rosji podobne grupy wyszły ze skorupy w latach 90., po upadku żelaznej kurtyny. Przyjmowali obcokrajowców w Moskwie. Mieli tę pewność, że mogli spierać się ze sobą i między sobą na temat przyszłości swojego kraju, co przez krótki czas było podnoszące na duchu. Wszystkie kraje potrzebują takich grup, aby pobudzić debatę i rzucić wyzwanie siedzibom władzy. Ci, którzy nie uciekli Putinowi, muszą cierpieć zarówno jego, jak i ostracyzm Zachodu – a teraz fanatyczną rusofobię. Jesteśmy jak McCarthyowcy, żądając od rosyjskich wykonawców potępienia Putina przed wyjściem na scenę.
Zarówno w Rosji, jak i w Iranie gleba, na której może zakorzenić się sprzeciw, została jałowa z powodu emigracji i embargo. Jeśli Zachód szczerze pragnie zmiany reżimów w państwach zamorskich przed inwazją militarną, musi wykazać się sprytem. Musi wywierać miękką, a nie prymitywną moc. Opozycja polityczna potrzebuje pomocy i kontaktu, jeśli ma prosperować. Należy promować nie tylko handel, ale także wymianę akademicką i kulturalną.
Sankcje są nieliberalne. Zachęcają kraje będące ofiarami do zacieśnienia własnych granic i stłumienia wszelkiej opozycji, dlatego tak wiele osób nadal stoi. Kraje autorytarne zwykle zmieniają się tylko wtedy, gdy alternatywne elity dostrzegają pogłębiające się pęknięcia w zbroi władzy. Rosja i Iran to kraje, z którymi Wielka Brytania łączyła w przeszłości naturalną więź. To powinowactwo należy odnowić poprzez przyjaźń. Jest to cecha, której nie można znaleźć w sankcjach.