Strona główna Kultura Recenzja LSO/Frang/Pappano – tragiczny i porywający Szostakowicz oraz jedwabisty i kolczasty Korngold...

Recenzja LSO/Frang/Pappano – tragiczny i porywający Szostakowicz oraz jedwabisty i kolczasty Korngold | Muzyka klasyczna

5
0


Persefona, którą Imogen Holst napisała jako studentka w 1929 roku, zaczyna brzmieć tak znajomo, że można pomyśleć, że przez pomyłkę weszliśmy na koncert Daphnis i Chloé Ravela. Ale co z tego? Muzyka, która następuje po początkowym fragmencie podejrzanie sugestywnych, falujących instrumentów dętych drewnianych, to rozkoszny 12-minutowy poemat przedstawiający kompozytorkę z jej własnymi pomysłami na fakturę, kolor i tonację, a także sam mit.

Holst opowiada historię odrodzenia, zmierzającą do świetlistej kulminacji, która nawiązuje do muzyki początku. Pomiędzy nimi nie ma przedstawienia lubieżnego porwania, ale przejmuje kontrolę mroczniejsza muzyka, smyczki wpadają w niespokojną fugę, a wyciszony instrument dęty gra skupionymi akordami, które następnie są wybijane przez całą orkiestrę. Być może Holst słuchał Święta wiosny Strawińskiego równie dobrze jak Daphnis, ale nie można z nimi polemizować jako wzorami dla studenta kompozytora w 1929 r. – a właściwie w dowolnym momencie od tego czasu.

podwójny cudzysłów Właśnie wtedy, gdy wydawało się, że brzmienie smyczków jest najpełniejsze, Pappano sięgał i wyciągał trochę więcej

Persefona rozpoczęła żywiołowy program z połowy XX wieku w wykonaniu Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej i Antonio Pappano, którego kontynuacją był Koncert skrzypcowy Korngolda z 1945 roku. Interpretacja Vilde Frang przypomniała nam, że Wiedeń, z którego uciekł Korngold, był nie tylko miastem tortu sacherte i płatków złota, ale także kolebką muzycznego ekspresjonizmu. Nie żeby zmieniła melodyjność Korngolda; wręcz przeciwnie, wypowiadała te długie linie melodyczne z jedwabistą intensywnością. Ale były momenty, zwłaszcza w wolnej części, kiedy zrezygnowała z vibrato i uwydatniła dziwność i ostrość muzyki – elementy, z których często nie zdajemy sobie sprawy, że są w nich obecne.

Pappano trzymał pierwszą część V Symfonii Szostakowicza w napięciu, podsycając napięcie ledwo zauważalnym, ale nieubłaganym wzrostem tempa. Część druga rozpoczęła się od szorstkiego, wściekłego terkotu wiolonczel i basów, po czym ruszyła dalej: taniec na ciężkich nogach dla nieeleganckich mężczyzn w zbyt obcisłych mundurach. Dla kontrastu, powolna część miała tragiczny, romantyczny wymiar: właśnie wtedy, gdy wydawało się, że dźwięk smyczków jest w pełni, Pappano sięgał i wyciągał trochę więcej. Wszystko mogło się zakończyć jedynie potężną kulminacją, do której orkiestra dotarła w porywająco rozbrzmiewającym w uszach stylu.