Strona główna Wiadomości Węgierski siłacz przegrał. Jego idee żyją w Białym Domu | Jamila Smitha

Węgierski siłacz przegrał. Jego idee żyją w Białym Domu | Jamila Smitha

9
0


Najsilniejsi mężczyźni, jakich znam, w niczym nie zachowywali się jak Donald Trump.

Przede wszystkim potrafili się powstrzymać. Być może mówili głośno, ale nigdy nie używali głośności, aby narzucić władzę. Żaden z nich nie uważał, że dominacja równa się przywództwu. Jakie to byłoby głupie.

Zamiast tego ci mężczyźni okazali współczucie. Słuchali, poprawiając się, jeśli było to konieczne. Przeprosili bez obawy, że okażą się słabi. Rozumieli, że sama pensja, stanowisko czy sprawność fizyczna nie czynią z nich mężczyzn. Żaden z nich nie pomylił okrucieństwa z siłą. Nauczyli się tego w domu, w pracy i w służbie. Rozumieli różnicę.

Prezydent USA jest inny. Zaledwie w zeszłym tygodniu, gdy jego wiceprezydent starał się „pomóc” zagranicznemu autokracie stojącemu przed reelekcją, Trump kontynuował swój konflikt z Iranem i publicznie kpił z papieża Leona XIV za nawoływanie do powściągliwości, po czym opublikował bluźnierczy wizerunek porównujący go do Jezusa Chrystusa. (Trump twierdził, że przedstawia go jako lekarza).

Oto sposoby, w jakie ten człowiek przekazuje siłę. Nauczył się ich obserwując nas.

W Stanach Zjednoczonych zbyt często definiujemy siłę jako dominację: odmowę poddania się, przeprosin i bycia poprawionym. Spłaszczamy autentyczność w przedstawianiu skargi. Redukujemy determinację – niegdyś kwestię dyscypliny lub jasności moralnej – do zdolności wyrządzania krzywdy bez wahania.

Nie są to nowe zniekształcenia. Mimo to obserwowałem, jak urosły w siłę na tyle, aby zmienić to, co uważamy za przywództwo – to, co nagradzamy, usprawiedliwiamy i czego oczekujemy. Z biegiem czasu nie tylko zniekształcają ocenę. Zastępują go.

Trump nie wymyślił tych pomysłów. Bierze dla nich udział w przesłuchaniach. Prawdziwa siła, nawet ta fałszywa, nie potrzebuje tak dużego wsparcia. Co więcej, ujawnia je – wydobywając na jaw założenia dotyczące władzy i męskości, które od dawna funkcjonują tuż pod powierzchnią amerykańskiego życia.

Założenia te nigdy nie były stosowane równomiernie. Niektórzy z nas od dzieciństwa wiedzieli, że osoba wyglądająca tak jak my nigdy nie zaznałaby choćby ułamka przyjemności, jaką cieszy się Trump. Zrozumieliśmy instynktownie lub poprzez doświadczenie, że wymagana będzie dyscyplina, że ​​błędy będą spotęgowane, że zawsze wymagany będzie spokój. Mimo to zaskakujące jest obserwowanie tak wyraźnego kontrastu. Trudno sobie wyobrazić Baracka Obamę, który pozwoliłby sobie choćby na odrobinę takiego zachowania, a tym bardziej, że zostałby za to nagrodzony. Mimo to trudniej jest sobie wyobrazić kolorową kobietę, która przetrwałaby to politycznie.

Prezydent wydaje się silny, ponieważ zdecydowaliśmy, że siła wygląda właśnie tak. Wydaje się autentyczny, bo uznaliśmy, że jego impulsem jest szczerość. Wydaje się zdecydowany, ponieważ uznaliśmy, że eskalacja oznacza odwagę. Podjęliśmy te decyzje. Niektórzy z naszych starszych robili to na długo przed narodzinami Trumpa.

Dlatego wciąż wielu Amerykanów absorbuje, wyjaśnia, a nawet podziwia zachowania, które kiedyś dyskwalifikowałyby prezydenta. Problem nie polega po prostu na tym, że nie nadaje się na urząd. Amerykanie, którzy go wspierają, nadal postrzegają jego zachowanie jako dowód sprawności. To zamieszanie jest najbardziej niebezpieczne, gdy spotyka się z prawdziwą władzą.

Prezydentura, która traktuje manewrowanie na krawędzi jako dowód siły, nie tylko degraduje kulturę polityczną. Ryzykowa życie. To ich kończy. Zapowiada konflikty i katastrofy. Zamienia najpoważniejsze decyzje, jakie mogą podjąć przywódcy narodu, w błahe przejawy woli.

Pierwszy amerykański papież potępił „urojenie wszechmocy”, które jego zdaniem podsyca wojnę amerykańsko-izraelską przeciwko Iranowi, ale nie jest to zwykłe potępienie. Słusznie podkreśla, że ​​pokój nie jest słabością, ale jasnością moralną. Stanowi to wyraźny kontrast w stosunku do tego, co uchodzi za przywództwo tutaj, w Stanach Zjednoczonych. To, że Trump próbuje odrzucić takie stanowisko, uznając je za słabość, mówi mniej o człowieku wypowiadającym się, a raczej o kulturze, która go przyjmuje.

Siłacze nie trwają wiecznie. Upadają, gdy opinia publiczna przestaje uznawać je za silne. Rozliczenie to następuje późno i wiąże się z ogromnymi kosztami i tylko wtedy, gdy wystarczająca liczba osób uzna, że ​​widziała już wystarczająco dużo. Nie widzę żadnych oznak, że jesteśmy blisko.

Mężczyźni, których obserwowałam, rozumieli, ile kosztuje siła. Wiedzieli o tym bez mówienia im. Nie przydały się do występów. Niektórzy z nas wcześnie nauczyli się tej samej lekcji – nie ze względu na charakter, ale ze względu na przetrwanie. Nie mogliśmy sobie pozwolić na mylenie okrucieństwa z siłą. Zbyt wielu wciąż może.