Mówili, że Keir Starmer jest nudny i menadżerski. Twierdzą, że jest technokratą mającym obsesję na punkcie procesów. Jest, jak argumentowali jego przeciwnicy na długo przed miażdżącym zwycięstwem Starmera w wyborach prawie dwa lata temu, złym wyborem na premiera – w istocie nieodpowiednim do samej polityki – ponieważ jest nie tyle przywódcą, co prawnikiem, ożywianym nie tyle ideologią, ile oficjalnymi dokumentami i nudnymi szczegółami.
Gdyby tylko.
Ujawniona w czwartek przez „The Guardian” informacja, że Peter Mandelson nie przeszedł weryfikacji pod kątem bezpieczeństwa i że Ministerstwo Spraw Zagranicznych uchyliło werdykt, tak aby labourzystów mógł mimo to objąć stanowisko ambasadora w Waszyngtonie, potwierdza nieoczekiwany fakt. Starmer znajduje się w swojej obecnej, niebezpiecznej sytuacji – w której jego współpracownicy dyskutują, kiedy, a nie czy zostanie zmuszony do opuszczenia urzędu – nie dlatego, że za bardzo przypomina karykaturę swoich przeciwników, ale dlatego, że nie jest do niej wystarczająco podobny.
Starmer przedstawiający jego wrogów byłby obecny w całej sprawie Mandelsona na długo przed tym, zanim proponowana przez niego nominacja ujrzała światło dzienne. Że Starmer rzuciłby okiem na słynny obecnie raport JP Morgana z 2019 r., szczegółowo opisujący, jak powiązania Mandelsona z Jeffreyem Epsteinem trwały nawet po uwięzieniu i skazaniu Epsteina, i od razu odrzuciłby nominację. Niezależnie od tego, czy wynikało to z wstrętu byłego prokuratora do mizoginistycznych nadużyć, czy też z niechęci do ryzyka, z której słyną prawnicy, stereotypowy Starmer natychmiast zablokowałby kandydaturę Mandelsona.
Gdyby w jakiś sposób doszło do postępu, gwiazdor karykatury – menedżer, a nie lider – nalegałby na skrupulatne przestrzeganie należytych procesów, monitorując je z zapałem dyrektora HR. Rzeczywiście, przekroczyłby wszelkie granice. Chociaż przepisy pozwalały mu ogłosić nominację w grudniu 2024 r., przy zachowaniu – jak to nazywają prawnicy dużej ostrożności – zaczekał do zakończenia procesu weryfikacji bezpieczeństwa – który zakończył się niepowodzeniem, jak wiemy teraz – pod koniec stycznia 2025 r.
A czekając, wymagałby regularnych aktualizacji, żądając przedstawienia wszystkich istotnych dokumentów, jakie mu pozwolono zobaczyć. Jako absolutne minimum nalegałby, aby został poinformowany o wyniku weryfikacji.
Pamiętajcie, to miały być wady Starmera – że będzie pedantem w procesie, zanurzonym w szczegółach, wszystkich szczegółach, bez wizji. W latach opozycji jego obrońcy odpowiadali, że nieugięty technokrata jest dokładnie tym, czego kraj potrzebuje. Sprzedali byłego szefa Prokuratury Koronnej jako przeciwieństwo Borisa Johnsona, którego wypędzono z Downing Street po części w wyniku przesłuchań Starmera. Gdyby tylko Starmer spełnił oczekiwania swoich krytyków, niechętnie przyznane przez jego sojuszników, nie znalazłby się w dołku, w jakim się znajdzie w ten weekend.
Zamiast tego musi teraz polegać na obronie prawnej w najgorszym tego słowa znaczeniu. Świadome wprowadzenie parlamentu w błąd jest z politycznego punktu widzenia karą śmierci. Zatem premier musi działać dwoma torami, jeden ze względu na „świadomość”, drugi ze względu na „wprowadzenie w błąd”.
Po pierwsze, upiera się, że kiedy we wrześniu 2025 r. powiedział parlamentarzystom, że w związku z nominacją Mandelsona przeprowadzono „pełną należytą procedurę”, był przekonany, że to prawda. W piątek wyjaśnił z wielką stanowczością, że dzieje się tak dlatego, że on i jego koledzy ministrowie byli trzymani w niewiedzy w związku z decyzją podjętą przez urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, czyli FCDO, o unieważnieniu odmowy Mandelsona przez weterani – nieujawnianie informacji, którą Starmer określił jako „zdumiewającą” i „niewybaczalną”, za którą w czwartkowy wieczór Olly Robbins, najwyższy urzędnik służby cywilnej w FCDO, zapłacił swoją pracą. To, według nadziei nr 10, dotyczy „świadomości”.
Po drugie, i jest to tego rodzaju posunięcie, które przynosi prawnikom złą sławę, Downing Street argumentuje, że z technicznego punktu widzenia przeprowadzono należytą procedurę, w tym sensie, że uprawnienie FCDO do uchylenia zalecenia lustracyjnego stanowi w rzeczywistości uzasadnioną część oficjalnego procesu – nawet jeśli minister nie wiedział o tym do tej pory. Odnosząc się do tej interpretacji, Starmer nie wprowadził parlamentu w błąd, nawet nieświadomie, ponieważ to, co powiedział Izbie Gmin, było technicznie prawdą. Ma on nadzieję, że dotyczy to kwestii „wprowadzenia w błąd”.
Może to działać tylko jako obrona prawna, ale polityka to trudniejsza sprawa. Starmer musi teraz przygotować się na torpedę, którą Robbins wystrzeli, jeśli przyjmie zaproszenie do stawienia się przed parlamentarzystami we wtorek. Jeśli pojawi się jakiekolwiek zeznanie lub dokument, który wywierci dziurę w koncie Starmera, premier będzie skończony.
Ale nawet jeśli tak się nie stanie, jest bezbronny. Obrona poprzez ignorancję jest podwójnie samookaleczająca. Albo sprawia, że jest on zadziwiająco obojętny i nie zadaje nawet najbardziej podstawowych pytań uzupełniających, albo sugeruje, że kieruje rządem, w którym ludzie unikają przekazywania premierowi złych wiadomości lub trudnych dylematów, które tylko on może rozwiązać. Czy to możliwe, że urzędnicy FCDO zrozumieli, że Starmer był zdecydowany wysłać Mandelsona do Waszyngtonu i wiedział, że nie powinien informować go o przeszkodzie na swojej drodze, woląc zamiast tego po cichu usunąć tę przeszkodę, nic mu o tym nie mówiąc?
Jeśli tak, nie mówi to zbyt wiele o Starmerze jako menadżerze. Ponownie, była to dziedzina, w której miał się wyróżnić, aby zrekompensować swoje inne, oczywiste braki. Jasne, nie mógłby wygłosić podniosłego przemówienia jak Barack Obama; to prawda, nie potrafił tak łaskotać widzów po kościach jak Johnson. Ale przynajmniej wiedziałby, jak prawidłowo prowadzić biuro. Byłby kompetentnym administratorem, zdolnym uporządkować rząd, który stał się przedstawieniem klownów. Nieekscytujące, tak; ale zdolny. Zamiast tego udało mu się być zarówno nudnym, jak i niekompetentnym – a to nie jest niczyj pomysł na zwycięską kombinację.
Przez całe swoje pełne kłopotów 21 miesięcy na stanowisku premiera Starmer otrzymał mnóstwo rad i jeśli jakimś cudem przeżyje ostatni rozdział, otrzyma ich więcej. Wiele z tych rad namawia go do zmiany. Ale u mężczyzny w jego wieku jest to z pewnością przegrana sprawa. Zamiast tego powinien być bardziej podobny do siebie.
Pomyśl o tym. Gdyby był bardziej, a nie mniej prawnikiem zajmującym się prawami człowieka, uniknąłby zajęcia przynajmniej jednego ze swoich wczesnych stanowisk w sprawie Gazy, które tak drogo go kosztowały. Wiedziałby, że może wyrazić swoje przerażenie morderczymi atakami Hamasu na Izraelczyków w dniu 7 października 2023 r., nie okazując, że popiera przerażającą decyzję Benjamina Netanjahu o odcięciu ludności Gazy prądu i wody.
Gdyby Starmer był w większym, a nie mniejszym stopniu adwokatem najwyższej klasy, byłby lepszy w przedstawianiu argumentów i przedstawianiu swoich racji, a tego nieustannie i zdumiewająco stara się unikać. I gdyby był bardziej, a nie mniej prokuratorem na sali sądowej, przyzwyczajonym do przekonywania ławy przysięgłych zwykłych ludzi, byłby lepszy w opowiadaniu przekonujących, ludzkich historii, a w tej dziedzinie miał wyraźne i szkodliwe braki.
Najbliższe dni pokażą, jak długo parlamentarzyści Partii Pracy będą się wstrzymywać. Z pewnością nie ruszą z miejsca przed spodziewanym atakiem Partii Pracy w wyborach 7 maja, ale ich cierpliwość wyczerpuje się. Wielu z nich będzie chciało zastąpić Starmera kimś, kto wydaje się być jego przeciwieństwem, politykiem wyciągniętym z palca. Ale wybór prawnika niekoniecznie był błędem. Problem w tym, że Starmer pozostał wierny najgorszym instynktom swojej profesji – zapominając o tym, co najlepsze.
Czy masz opinię na temat kwestii poruszonych w tym artykule? Jeśli chcesz przesłać odpowiedź zawierającą maksymalnie 300 słów pocztą elektroniczną, aby uwzględnić ją w publikacji w naszej sekcji listów, kliknij tutaj.