Strona główna Kultura Recenzja Avenue Q – prowokacyjne lalki powracają na ucztę brudu i zabawy...

Recenzja Avenue Q – prowokacyjne lalki powracają na ucztę brudu i zabawy | Teatr

12
0


Ostrzeżenie wyzwalacza „nagość lalek” nie zaczyna tego zakrywać. Zobaczysz także lalki uprawiające seks, śpiewające o tym, że są „trochę rasistowskie” i radośnie przyznające się do swoich upodobań do porno.

Urocza wywrotowość Avenue Q powraca 20 lat po tym, jak ci niewyraźni fanatycy z Ulicy Sezamkowej szturmem podbili West End. Nagrodzony nagrodą Tony musical Roberta Lopeza i Jeffa Marxa nie jest teraz specjalnie szokujący, ale jest bardzo zabawny, gdy te stworzenia (plus niektórzy ludzie) zakochują się, przeżywają kryzysy egzystencjalne i sieją wesołe spustoszenie.

Wyreżyserowany przez Jasona Moore’a na planie wypełnionym domami Anny Louizos, płaskim jak dziecięcy rysunek, film rozpoczyna się wraz z pojawieniem się na tytułowej nowojorskiej ulicy absolwenta college’u Princeton (Noah Harrison) z krzaczastymi ogonami i prowadzi do jego romansu z Kate Monster (podobna do Shreka outsiderka grana przez Emily Benjamin) i jego poszukiwań większego sensu życia. Jego nowymi sąsiadami są mówiąca wprost japońska terapeutka w Wigilię (Amelia Kinu Muus), była gwiazda dziecięca, która została majsterkowiczem Gary (Dionne Ward-Anderson) oraz Rod (również Harrison) i Nicky (Charlie McCullagh) – współlokatorzy na wzór Berta i Erniego z Ulicy Sezamkowej.

„Słoneczny eskapizm związany z marionetkami”… Noah Harrison (Princeton) i Dionne Ward-Anderson (Gary). Zdjęcie: Matt Crockett

W piosenkach takich jak If You Were Gay, Every’s a Little Bit Racist i The Internet Is for Porn panuje niegrzeczność z lat dziewięćdziesiątych. Ostatnią z nich jest prowadzony przez Trekkie Monster emanującego Cookie Monsterem, który zmienia się w brudną atmosferę. Te piosenki robią wszystko, aby przełamać tabu i mogły kiedyś brzmieć wybuchowo. Tematyka jest nadal aktualna (od narodzenia się homofobii po odrodzenie Black Lives Matter), ale nie aż tak szokująca. Prawdopodobnie najbardziej uderzający jest charakterystyczny japoński akcent austriacko-japońskiego artysty Kinu Muusa. Istnieje również pseudonim Lucy („dziwka”) sprzed #MeToo, wpływowa influencerka, która wygląda jak marionetkowa wersja Bonnie Blue z głębokim dekoltem („tak, oni są prawdziwi” – ​​grucha).

Siła sztucznej naiwności spektaklu wynika z komicznego dysonansu pomiędzy niewinnością lalek – szeroko otwartymi oczami, uroczymi głosami – a ich dorosłymi złymi zachowaniami (pijaństwo, taniec na rurze, seks i zdrada). Piosenki Lopeza i Marksa są świetne, od sprytnego Schadenfreude po melancholijną piosenkę Kate o rozstaniu „There’s a Fine, Fine Line” i ukrytą wesołość Roda śpiewającego „My Girlfriend, Who Lives in Canada”. Każdy utwór wykonywany jest z takim fizycznym i wokalnym entuzjazmem przez aktorów-lalkarzy, zwłaszcza spektakularnych Harrisona i Benjamina, że ​​naprawdę wydaje się, że to lalki mówią, śpiewają i pieprzą się.

Futrzane kreacje projektanta lalek Ricka Lyona są mrugającą pochodną (pracował nad Ulicą Sezamkową przez 15 sezonów). Jest to rozpoznawalny, sprytny riff w programie dla dzieci, z przerwami w animacji, lekcjami edukacji w wieku przedszkolnym i charakterystycznymi koszami na śmieci Oscara Zrzędy w tle. Ale zwariowana satyra również ma swoje własne warunki. Wielokrotnie nagradzana książka Jeffa Whitty’ego została uzupełniona żartobliwymi wzmiankami o sztucznej inteligencji, OnlyFans i Spotify, a piosenka Mix Tape zawiera żartobliwe nawiązanie do tego zjawiska z „dawnych czasów”.

Produkcja rezygnuje ze swojego słodkiego/wywrotowego/maniakalnego uroku, a sama historia nie jest szczególnie mocna. Ale kogo to obchodzi? Przynosi słoneczny, marionetkowy eskapizm, nigdy jednak nie opuszczając całkowicie naszego świata i bałaganu, jaki stworzyli w nim ludzie. Spektakl kończy się pełną nadziei nutą ducha „to też przeminie”. To wszystko na razie, mówią nam marionetki – nawet Trump.