Strona główna Kultura Recenzja Isaaca Juliena – Gwendoline Christie spotyka rozgwiazdę-cyborga w postmodernistycznym salonie poszukiwacza...

Recenzja Isaaca Juliena – Gwendoline Christie spotyka rozgwiazdę-cyborga w postmodernistycznym salonie poszukiwacza przyjemności | Sztuka i projektowanie

6
0


Jeśli lubisz wielkie projekty, powinieneś zobaczyć Kosmiczny Dom. Począwszy od 1978 roku teoretyk postmodernizmu Charles Jencks i projektantka ogrodów Maggie Keswick przekształcili swój dom rodzinny w wizję kosmicznego porządku w skali wiktoriańskiej kamienicy. „Schody słoneczne” z 52 stopniami, które dodadzą smaku, wiją się spiralnie od „czarnej dziury” u podstawy przez cztery piętra z dyskretnymi symbolicznymi motywami, podczas gdy kuchnia remiksuje klasyczną indyjską architekturę, tworząc grę słów o późnym lecie. W piwnicy poświęconej kultowi słońca znajduje się 25-minutowy film Izaaka Juliena, który jest również szalenie przesadny, bez skruchy intelektualny, na wskroś kiczowaty i, jeśli jesteś przygotowany na spotkanie z tym w połowie, raczej chwalebny.

Wyświetlany na jednym ekranie, w sercu kalejdoskopu stojących luster, film przedstawia Sheilę Atim i Gwendoline Christie jako bóstwa science-fiction, które wędrują przez renesansowy pałac, modernistyczny szklany dom i Kosmiczny Dom w trakcie rozmowy o końcu świata, możliwości podróży w czasie i naturze Boga. Z niejasnych powodów spotykają się z rozgwiazdami-cyborgami i tworzą lśniące statki kosmiczne. Burze ogniowe przeskakują powierzchnię słońca, a bioluminescencyjne stworzenia morskie machają neonowymi mackami. Jeżeli jesteś uczulony na pretensje, możesz w tym miejscu przestać czytać, bo to nie jest dzieło sztuki dla ciebie.

Ale jeśli chcesz spotkać się z filmem w połowie drogi, być może spodoba Ci się to, dokąd Cię zabierze. Aby to osiągnąć, warto wiedzieć, że jego scenariusz jest złożony z fragmentów innych tekstów. Najbardziej znana jest Parable of the Sower Octavii E. Butler, która ostatnio zapewniła bogaty wybór wielu artystom, którzy zauważyli, że akcja rozgrywa się w latach 2024–2027 w dystopijnych Stanach Zjednoczonych. Narratorką powieści jest Lauren, córka pastora, która czerpie siłę ze swojej specyficznej wiary: jej logika głosi, że wszystko się zmienia, a ponieważ Bóg jest wszystkim, więc Bóg z konieczności musi się zmieniać. Tę ideę film Juliena wyraża jako rodzaj poematu wizualnego, wyrażającego zasadę, że wszystko płynie.

Idea, że ​​wszyscy jesteśmy połączeni, brzmi jednocześnie ezoterycznie i oślepiająco oczywista. Powiedzieć na przykład, że po śmierci moje ciało za pośrednictwem robaków stanie się pokarmem dla ptaków, które będą śpiewać przy moim grobie, jest zarówno złą poezją, jak i najprawdziwszą prawdą. I właśnie wzdłuż tej cienkiej linii oddzielającej frazes od objawienia dryfuje film Juliena, z jego wyuzdanymi odniesieniami do wszystkiego, od Owidiusza po filozofię ekofeminizmu. To, że byłem gotowy zaakceptować wycieczki po obu stronach granicy, można przypisać przyjemnemu dopasowaniu filmu do otoczenia. Pokazane w zeszłym miesiącu w wciągającej, pięcioekranowej instalacji w galerii Victoria Miro, dzieło to wydało się agresywnie bombastyczne. W bardziej domowych wnętrzach Kosmicznego Domu, które czynią cnotę i przyjemność sroczego intelektualizmu i nieumiarkowanego filozofowania, podoba mi się to.

Gwendoline Christie występuje w najnowszym dziele Juliena, które celebruje nasze różnice. Zdjęcie: Andrea Rossetti / Palazzo Te/© Isaac Julien Dzięki uprzejmości artysty i Victorii Miro

Rzeczywiście, zaczyna się to wydawać cicho rewolucyjne. W erze skupionej na przypisywaniu jednostek do grup i polityce ich reprezentowania, podkreślanie w filmie, że żadna tożsamość nie jest ustalona, ​​ma praktyczne konsekwencje. Przecież gdyby udało się uświadomić każdemu z nas, że jesteśmy połączeni ze wszystkim, co nas otacza, moglibyśmy dwa razy pomyśleć, zanim tak gruntownie to zniszczymy. Aby przekazać ten punkt, nasze boginie przemieniają się w różne formy, od szalonych koni po unoszące się w powietrzu drony, przekraczające granice oddzielające je i nas od innych ludzi, gatunków i form inteligencji.

Niezwykłe może wydawać się to, że Julien, który zasłynął dzięki wspaniałym filmom naładowanym queerowymi czarnymi pragnieniami, stworzył coś, co wydaje się być manifestem przeciwko tożsamości. Jednak solidarność, którą głosi ten film, opiera się na akceptowaniu, a nie zaprzeczaniu inności, na rzecz różnorodności wspieranej przez empatię wyobraźni. Lub, jak Lauren mówi o gangu, który tworzy, aby przetrwać apokalipsę, „miłość zrodziła się z różnic między nami, a nie z podobieństw i podobieństw”. Ta miłość uniemożliwia grupom walkę między sobą „dopóki nie zostaną pokonane przez siły zewnętrzne… lub tyrana”. Jak wszystkie dobre dzieła science fiction, film Juliena przemawia bezpośrednio do tu i teraz.

O tym, że pilnie potrzebujemy znalezienia wspólnej płaszczyzny porozumienia, głosi przesłanie filozofki Donny Haraway, która pojawia się na początku filmu Juliena. Podobnie jak Butler twierdzi, że nie możemy przetrwać otaczających nas katastrof, budując większe mury wokół coraz mniejszych grup. Zamiast tego musimy nauczyć się „pozostawać z problemami”, akceptować nadchodzące zmiany i budować nowe relacje. Oto prosta lekcja płynąca z tego skomplikowanego i godnego pochwały ambitnego dzieła sztuki: nie możemy cofnąć czasu, nic już nie będzie takie samo i wszyscy jesteśmy w tym razem.