Strona główna Kultura Michael może być tchórzliwym i przeklętym filmem biograficznym, ale jego fani są...

Michael może być tchórzliwym i przeklętym filmem biograficznym, ale jego fani są szczęśliwi, że żyją w fantazji | Biografie

7
0


Nie jest niczym niezwykłym, że istnieje rozbieżność między jakością hitu kinowego opisaną przez krytyków a większą akceptacją tego filmu według opinii widzów. Jednak minęło już trochę czasu, odkąd film tak wyśmiewany jak Michael nie odniósł tak dużego sukcesu. Ta biografia gwiazdy popu Michaela Jacksona jest już jedną z najbardziej dochodowych biografii muzyków wszechczasów; pomimo gwałtownego spadku w drugi weekend, jest na dobrej drodze, aby stać się jak dotąd jednym z największych światowych hitów 2026 roku.

Być może jednak bardziej godne uwagi są ogromne, wielkości przepaści luki w rzeczywistości, które zostały otwarte (lub przynajmniej powiększone) dzięki na wpół błogosławionej, na wpół przeklętej egzystencji filmu. Po pierwsze, istnieje rozbieżność między realiami życia Michaela Jacksona a tym, co ta zatwierdzona biografia chce (a w niektórych przypadkach może to legalnie) przedstawić – rozbieżność, która jest częścią każdego dzieła fikcji biograficznej, ale w tym przypadku wydaje się większa z wielu powodów. Przejdź dalej, a możesz następnym razem napotkać powiązaną lukę pomiędzy pierwotnie planowanym filmem, który miał dotyczyć większości lub całego życia Jacksona, a filmem, który wchodzi do kin, a którego akcja rozpoczyna się w 1988 roku, zanim zapowiada kontynuację. Zmiana ta wynika po części z dziwacznej pomyłki, w wyniku której twórcy filmu i majątek nie zdawali sobie sprawy, że nie mają prawa do przedstawienia jednej z osób, które oskarżyły Jacksona o molestowanie dzieci w 1993 r. (jego majątek twierdzi, że ta wersja wydarzeń jest „niedokładna i nieistotna”).

I prawdopodobnie istnieje największa ze wszystkich rozbieżność między rzeczywistością: ta pomiędzy zwykłymi fanami, którzy mogą być zainteresowani filmem o życiu Michaela Jacksona, oddzielającym kontrowersje z jego późniejszych lat, jak wielu z nas robi w przypadku problematycznych, ale genialnych artystów, a oddaną armią stanu, która być może nie skończyła czytać tego zdania przed wysłaniem zjadliwego e-maila lub wpisu w mediach społecznościowych wyjaśniającego, że w rzeczywistości Jackson został uznany za „niewinnego” (właściwe określenie „niewinny” rzadko wystarcza tym ludziom) pod względem wszystkich zarzutów i wszelkich słowa wypowiadane przeciwko niemu przez ostatnie 35 lat są częścią kupionego i opłaconego spisku kampanii oszczerstw, a co więcej, każdy heretyk, który nie wierzy w świętość Michaela Jacksona, może być prawdziwymi pedofilami wśród nas. (Szkoda, że ​​żartuję. Ostatnim razem, gdy pisałem dla Guardiana o filmie o Jacksonie, ludzie cierpliwie wyjaśniali, że ktoś, kto został wiarygodnie oskarżony o wykorzystywanie seksualne, ale został uniewinniony, był w rzeczywistości bardziej niewinny niż ludzie, którzy nie stanęli w obliczu takich oskarżeń, ponieważ Jackson został poddany analizie, której nie robi większość ludzi. Ach, ha.)

Michael nie został stworzony specjalnie dla tych hardcorowych fanów; wyraźnie zrobiono go z myślą o szerszej publiczności Bohemian Rhapsody, do tego stopnia, że ​​w filmie nie zabrakło scenarzysty, montażysty i, co najdziwniejsze, występu celebryty w roli Mike’a Myersa. Jednak sam film sprawia wrażenie czegoś, co może zadowolić i uspokoić tych, którzy w stylu Trumpa wierzą w całkowite uniewinnienie Jacksona i chętnie wyjaśnią, dlaczego jakiekolwiek inne niepokojąco szczegółowe oskarżenia, takie jak te stawiane przez bohaterów filmu dokumentalnego Leaving Neverland z 2019 r., po prostu nie liczą się w świetle uniewinnienia Jacksona w 2005 r.

Ta wersja Michała nie wyjaśnia niczego z tego, co jest kluczem do jednoczesnego błogosławieństwa i przekleństwa. Ci, którzy czytali wcześniejsze wersje scenariusza, donieśli, że kiedyś film miał się rozpocząć od przeszukania domu Jacksona po pierwotnych oskarżeniach z 1993 roku o molestowanie dziecka. Wiele filmów ulega znacznym zmianom w trakcie podróży ze strony na ekran, ale mniej z nich musi zostać przepisanych, nakręconych ponownie i opóźnionych w dacie premiery po odkryciu, że bohater ich biografii faktycznie zgodził się na ugodę prawną, która zabrania przedstawiania jego oskarżyciela w dokładnie tego rodzaju projektach. To szczególnie ironiczne, że majątek Jacksonów popełnił ten błąd, biorąc pod uwagę, jak wykorzystali klauzulę o niedyskredytowaniu w związku z transmisją koncertu HBO w 1992 r., aby skłonić kanał do usunięcia filmu dokumentalnego Leaving Neverland z 2019 r. z serwisu streamingowego kilkadziesiąt lat później. Może kiedy to się stało, gdzieś w archiwach Jacksona, palec na łapie małpy (lub szympansa? Bubbles, czy to ty?) był zwinięty.

Tak czy inaczej, nowy film był w zasadzie zmuszony do pracy nad częściową historią, która po prostu nie odnosiła się do bardziej kontrowersyjnej części życia Jacksona. Najdziwniejszą rzeczą w Michaelu, poza tym, jak bardzo jest to nudne na poziomie dramatycznym, jest to, że film nie patrzy temu darowanemu koniowi w pysk. W obliczu wymogu prawnego, który w zasadzie zmusza ich do wyrzucenia z drogi wszelkich materiałów związanych z późniejszym życiem Jacksona, twórcy filmu nadal uważają za stosowne dodać do filmu wesołe ukłony, a nawet pisanki na temat późniejszego rozwoju wydarzeń z życia Jacksona. Szczególnie dużo jest w nim wezwań do Neverlandu, majątku, który Jackson nabył pod koniec filmu i który w dużej mierze wpisuje się w stawiane mu zarzuty.

Jackson grający w filmie nieustannie spogląda tęsknie na ilustracje przedstawiające Piotrusia Pana w scenach, które można by uznać za dowód niepokojącej fiksacji – gdyby film spojrzał na temat nawet najłagodniejszym krytycznym okiem. Jako światowej sławy piosenkarz pop, Jaafar Jackson (bratanek Michaela) perfekcyjnie wykonuje ruchy taneczne, ale poza sceną zachowuje rodzaj zbyt czystej jak na ten świat miękkiej delikatności. To maltretowany szczeniak, tęskniący jednocześnie za utraconym dzieciństwem i niezależnością w dorosłym życiu. Biorąc pod uwagę całkowity brak mroku w jego postaci, film niejasno sugeruje, że jego Nibylandia jest rajem, który w końcu stworzy, drażniąc go w sposób, w jaki film o X-Menach może zasiać ślady żywej wyspy Krakoa.

Czy naiwne odczytanie wrodzonej niewinności Jacksona w filmie jest tchórzliwym unikaniem bałaganu w prawdziwym życiu, czy też dziwną formą śmiałości? Michael często przyjmuje ton filmów zakodowanych prawicowo, które nie pojawiają się i nie zawierają niczego krzywdzącego, ale zawierają gwizdki na psy, mające na celu zwrócenie uwagi określonej publiczności. Nie chce, żeby zabrzmiało to jak obsesyjne, niewinne tyrady armii stanu, ale nie chce też być narażonym na ich gniew. To prawdopodobnie bardziej efekt uboczny niż główny cel twórców filmu – ale efekt uboczny wynika z tego, że posiadłość Jacksonów zasadniczo działa jako (ledwie) bardziej szanowana wersja tych internetowych wojowników.

Jermaine’a Jacksona i Jaafara Jacksona. Zdjęcie: Action Press/Shutterstock

The Jackson Estate nie jest pierwszą tego typu organizacją, która zaangażowała się w produkcję filmu biograficznego. To praktycznie norma w tym momencie, aby uzyskać akceptację artystów, jeśli jeszcze żyją, i czasami aktywnie włączać ich lub ich przedstawicieli w proces twórczy. Artyści lub ich przedstawiciele kontrolują wykorzystanie muzyki, która może poważnie zaszkodzić filmom, komercyjnie i artystycznie, jeśli zostanie wstrzymana. (Istnieją filmy o Davidzie Bowie i Jimim Hendrixie, które próbują obejść tę blokadę, ale z marnym skutkiem.) Co więcej, fani nie wydają się już tak zachwyceni perspektywą oglądania sławnych aktorów próbujących wcielić się w artystów lub je zinterpretować. Sukcesy „Bohemian Rhapsody” i „Michaela” sugerują, że preferujemy oglądanie wirtualnego zmartwychwstania, o krok lub dwa od długo obiecywanych, czasami odtwarzanych hologramów zmarłych artystów.

Trudno powiedzieć, co zmienia tę chęć wskrzeszenia muzyka w przekonanie, że jest on jakimś instrumentem o wyższej mocy. Ale to impuls, który pomaga tylko filmom takim jak ten. W innym kontekście fakt, że Michael kończy się tekstem na ekranie, mniej lub bardziej obiecującym kontynuację, która musiałaby poruszyć całą masę mniej triumfalnych momentów, może wydawać się niezwykle odważny w porównaniu z wymuszeniem polegającym na prostym zatrzymaniu się z piskiem w 1988 r. Film pełni jednak funkcję pełnometrażowego gwizdka dla psa sygnalizującego zamiar przekształcenia tej kontynuacji w przewrotną celebrację męczeństwa Jacksona. Innymi słowy, zwyciężył najbardziej fanatyczny kontyngent akolitów Jacksona. I podobnie jak wielu fanów, zareagowali na swoje zwycięstwo zjadliwym atakiem na każdego, kogo uważają za kontynuującego walkę po niewłaściwej stronie.

Ich błędem, a wraz z nimi także filmu, jest oczywiście budowanie starannie zorganizowanych „stron”, jeśli chodzi o dziedzictwo człowieka, którego reputacja nigdy nie zostanie w pełni ustalona. Jest to prawie niemożliwe w przypadku żadnego artysty, a tym bardziej takiego, który był wielokrotnie oskarżany o straszliwe zbrodnie. Oto prosty test: nieważne, czy ten film porusza wszystkie (lub którykolwiek) najtrudniejszy aspekt życia Jacksona. Czy Michael Jackson w tym filmie biograficznym wydaje się skomplikowanym facetem, czy świętym z trudnym wychowaniem, z którego ostatecznie się otrząsnął? Michael nie tylko boi się kontrowersji. Boi się tego, co czyni artystów prawdziwymi ludźmi.