Oto podróż ujściem Tamizy w reżyserii twórcy filmowego Pabla Behrensa: ekscentryczny eksperymentalny dokument, nieco pobłażliwy i nie do końca przemyślany, ale przede wszystkim wciągający. Podobnie jak Iain Sinclair, JG Ballard i Rachel Lichtenstein, Behrensa przyciąga niekochany odcinek wody między Londynem a morzem, gdzie dzikość równin błotnistych i migrujących ptaków znajduje się w pobliżu elektrowni, słupów i opuszczonych zakładów przemysłowych. Są odcinki, na których krajobraz wygląda tak, jak można sobie wyobrazić świat 20 lub 30 lat po upadku cywilizacji, przyroda robi swoje, otoczona zardzewiałymi pozostałościami infrastruktury.
Film zabiera nas w podróż oczami niewidzialnego odkrywcy – kogoś (a może czegoś nie z naszej planety) odkrywającego ujście rzeki. Kamera to wzrok odkrywcy, a my patrzymy jak przez hełm lub gogle, z dodatkową sztuczką w postaci współrzędnych lokalizacji migających na ekranie. Z centrum dowodzenia dochodzą także szorstkie głosy. Znajdujemy ptaki brodzące na sączących się równinach błotnistych, płonące wschody słońca i świetliste mgły, które rozpuszczają wszystko wokół nich. Są wesołe osiedla z czerwonej cegły, zmęczone przejażdżki po wesołym miasteczku i opaleni nastolatkowie pluskający się w wodzie (łapiąc Bóg jeden wie co, połykając wodę z rzeki).
U wybrzeży Whitstable w hrabstwie Kent, u ujścia ujścia rzeki, odkrywają niesamowite forty morskie Maunsell, zbudowane podczas drugiej wojny światowej. Te zardzewiałe stalowe wieże przypominają coś z Mad Maxa i wyglądają jak małe platformy wiertnicze na wrzecionowatych nogach. Podpisy na ekranie sprawiają, że obserwacje odkrywcy wydają się niezdarne: „Kilka budowli dało mi jasno do zrozumienia, że w tym regionie toczyła się długotrwała wojna” – brzmi jeden z komentarzy – beznamiętny, nie do końca osiągający poziom liryzmu Iaina Sinclaira i nieco łamiący urok.
„Last Wilderness” w Londynie od 24 kwietnia w brytyjskich kinach.