Strona główna Kultura Wozzeck: recenzja Wretches Like Us – wstrząsająca opera Berga dostarcza więcej adrenaliny...

Wozzeck: recenzja Wretches Like Us – wstrząsająca opera Berga dostarcza więcej adrenaliny niż kiedykolwiek | Opera

6
0


Nikt nigdy nie wyszedł z występu Wozzecka z myślą, że tak naprawdę potrzebował dodatkowej warstwy, aby uczynić go jeszcze bardziej wstrząsającym. Jednak ostrożność przed nadmiarem nie jest cechą festiwalu Multitudes w Southbank – i to chwalebnie. Porywająca gra i śpiew Londyńskiej Filharmonii oraz pierwszorzędna obsada pod dyrekcją Edwarda Gardnera, w połączeniu ze sztuką wideo Ilyi Shagalov, współtworzoną z Niną Gusiewą, sprawiają, że opera Berga wywołuje jeszcze więcej adrenaliny niż kiedykolwiek.

Film Shagalova wyświetlany na dużym ekranie za zawodnikami przedstawiał historię Wozzecka na tysiącach nieruchomych zdjęć. Czas był dzisiaj, miejsce było szarym miastem, a Wozzeck był częścią niewidzialnej siły roboczej ukrytej za kamizelkami odblaskowymi. Z tłumaczeniem śpiewanego języka niemieckiego na dole, obrazy pędziły lub obracały się wolniej, zawsze jako nieruchome obrazy – z wyjątkiem tylko chwili po morderstwie Marie, kiedy orkiestra dołączyła do przerażającego crescendo na jednej nucie. Wtedy i tylko wtedy zobaczyliśmy, jak twarz Wozzecka się porusza, a efekt był równie mrożący krew w żyłach, co krótkotrwały.

Jedyne, co nie do końca zadziałało, to nieobecność dziecka Wozzecka i Marie – zamiast tego była w ciąży. W ostatnich minutach, gdy pół tuzina dzieci z chóru chłopięcego Tiffin weszło na scenę w eleganckich mundurkach szkolnych, aby zaśpiewać wersety, które Berg daje synowi Wozzecka i jego kolegom z klasy, atmosfera nie do końca się zgadzała.

Ogólnie jednak film był porywający. Twarze w jednej minucie były chorowite, kanciaste i pokryte trądzikiem różowatym, a w następnej blade, plastikowe i przypominające manekina; zdjęcia mogły być niskiej jakości lub wykonane w wysokiej rozdzielczości, a czasami były tak pięknie oświetlone i skomponowane, że wyglądały jak obrazy olejne starych mistrzów – lub Luciena Freuda. Było dużo krwi, a w scenie, w której Wozzeck pełnił rolę królika doświadczalnego Doktora, było też coś nie dla wrażliwych. Nic jednak nie sprawiało wrażenia zaprojektowanego wyłącznie po to, by szokować.

Pod ekranem odbywał się koncert, który sam w sobie byłby wystarczająco kompletny; Jeśli był jakiś minus, to taki, że nie byliśmy w stanie poświęcić wystarczającej uwagi bezpośrednio śpiewakom. Peter Hoare od początku spisał się znakomicie wcielając się w rolę Kapitana stojącego za pulpitem nutowym, a reszta obsady, od wnikliwej roli Marie i Brindleya Sherrattów w rolach Annette Dasch po dźwięcznego Pierwszego Ucznia Calluma Thorpe’a, była równie wyrazista. Śpiew Stéphane’a Degouta owinął desperację Wozzecka aksamitem, czyniąc z niego cichego bohatera w obliczu własnej zguby. Występ ten zapowiadano jako jednorazowy, ale festiwale na całym świecie powinny ustawiać się w kolejce, aby wyświetlić wideo Shagalova – jeśli tak jak ten mają odpowiednich muzyków.

Festiwal Tłumy trwa do 30 kwietnia