Strona główna Kultura Recenzja Man on Fire – niektóre sceny tego serialu akcji są tak...

Recenzja Man on Fire – niektóre sceny tego serialu akcji są tak ciemne, że aż się skrzywisz | Telewizja

3
0


Kto nie lubi thrillerów, w których samotny wilk rozbija wszechpotężną siatkę przestępczą? Jack Reacher, Ethan Hunt, jak się nazywa z „Nocnego agenta” – niezależnie od niesprzyjających okoliczności, ci zdolni goście zwyciężą. Walka wręcz z doskonale wyszkolonym pomocnikiem ninja? Bez problemu. Włamać się do fenomenalnie zabezpieczonego obiektu, ukraść cenną rzecz, a potem znowu uciec? Łatwy. Pokonać magazyn pełen mężczyzn z kałasznikowami, uzbrojonych jedynie w okulary przeciwsłoneczne i sznurki, a wszystko to podczas ratowania wrzeszczącej cywilnej kobiety? Wszystko w ciągu jednego dnia pracy.

Te włóczki są zdrową, głupią zabawą i lubimy je. Ale nowy, sześcioodcinkowy film Netflix „Man on Fire” zadaje pytanie: co by było, gdybyśmy zachowali główny pomysł, ale sprawili, że byłby mniej głupi i zabawny, a bardziej smutny i poważny? Czy to nie byłoby jeszcze lepsze? No cóż, wydawałoby się, że nie byłaby to kompletna katastrofa, ale w tym przypadku utrudnia to życie wszystkim, także widzowi.

Ten biedny człowiek był w ogniu krytyki już od jakiegoś czasu, począwszy od powieści AJ Quinnella z 1980 roku, opowiadającej o byłym najemniku alkoholiku, który zostaje wynajęty do ochrony młodej córki bogatej włoskiej rodziny, staje się dla niej wzorem ojca pomimo swojej wrodzonej powściągliwości, a następnie rozpoczyna szalony poczuciem winy szał zemsty po porwaniu i zabiciu jej przez mafię. Mniej więcej to samo wydarzyło się w 1987 roku w filmie o tym samym tytule, w którym Scott Glenn wcielił się w rolę Johna Creasy’ego. W adaptacji z 2004 roku, wraz z Denzelem Washingtonem, Creasy był byłym pracownikiem CIA; lokalizacja została przeniesiona do Mexico City i dziecko przeżyło.

W 2026 roku Creasy nie jest pijany, raczej prześladuje go misja sił specjalnych, która wiele lat temu zakończyła się poważnym niepowodzeniem. Zespół stresu pourazowego sprawił, że jest bezrobotny, samotny i tak dręczony udręką, że wkrótce po tym, jak go spotykamy, próbuje się zabić. Wkracza życzliwy były kolega i zaprasza go do Rio de Janeiro, aby odbudował karierę. W tej wersji opowieści córka kolegi, Poe (Billie Boullet), staje się emocjonalnym wybawieniem Creasy’ego; jest raczej młodą dorosłą niż dzieckiem i towarzyszy Creasy’emu, gdy ściga złoczyńców, których bomba zabiła jej rodzinę. Ale szkielet narracji jest ten sam. Twardy facet, zastępcza córka, wymyślny plan zemsty, szansa na odkupienie.

Emocjonalne zbawienie… Yahya Abdul-Mateen II i Billie Boullet w „Człowieku w ogniu”. Zdjęcie: Juan Rosas/Netflix

Yahya Abdul-Mateen II to nowy Creasy – a jego obecność jest imponująca. Ma wymagany profil fizyczny w połączeniu ze spokojem w postawie i oszczędnym ruchem, co czyni go wiarygodnym jako człowiek, któremu można ufać, że nigdy nie przegra walki na pięści. Chociaż jego Creasy jest niezachwianie surowy, nie jest nieprzenikniony. Abdul-Mateen wyrył ból swojej przeszłości w każdej linijce; Gra aktora sugeruje, że powinien odejść od wzniosłego materiału komiksowego (wcześniej występował w Aquamanie, Watchmen i Wonder Man) i zająć się bardziej prostym dramatem.

W pewnym sensie właśnie o to prosi go Człowiek w ogniu, ponieważ nie jest to ciągła kawalkada akcji: regularnie ustępuje w przypadku długich, gadatliwych scen dotyczących niestabilności Creasy’ego lub smutku Poe. Czasami ta kombinacja jest potężna, szczególnie gdy Creasy przesłuchuje nieszczęsnego złoczyńcę w celu uzyskania informacji i naprawdę wierzymy, że ma w sobie coś do robienia okropnych rzeczy. We wczesnej scenie z uwiązanym żołnierzem piechoty, który dysponuje kluczowymi informacjami, pomysłowe wykorzystanie przez naszego człowieka akumulatora samochodowego sprawi, że będziesz się krzywić, wzdrygać i zaciskać.

Jest jednak dobry powód, dla którego większość thrillerów o mścicielach, których nie da się powstrzymać, lekko szkicuje ciemną stronę swojego bohatera lub podważa ją gagami. Oznacza to, że mogą sobie pozwolić na scenografię, która obiektywnie jest absurdalna. Pomimo swojej ponurej postawy, Man on Fire nadal każe Creasy’emu prowadzić samochód po pasie startowym, a następnie wyskoczyć z niego w powietrzu pełnym kul z karabinu maszynowego do poruszającego się samolotu, po czym rozbroić zabójcę, który jest na wolności w kabinie i sam dokończyć start w miejsce zamordowanych pilotów. To wciąż niedorzeczne; po prostu wygląda ponuro, kiedy to robi.

W miarę jak jego misja zabiera go do faweli w Rio i do bardziej ekskluzywnych miejsc, w których spędzają czas wielcy bossowie, Creasy stopniowo pozyskuje gang odmieńców, których zdolności są mgliste i którzy będą musieli prześcignąć samych siebie, jeśli ma zatriumfować. Wyglądają jak ekipa lekkiego napadu, ale – pomagając Creasy’emu pokonać niemożliwe, włamując się do więzienia o zaostrzonym rygorze, a następnie do szpitala – muszą zachować powagę. Jednak surową intensywność Man on Fire trudno traktować poważnie.

Człowiek w ogniu jest już dostępny na platformie Netflix