Strona główna Kultura Nie dostrojone: dlaczego Hollywood stara się zdobyć sławę popu? | Film

Nie dostrojone: dlaczego Hollywood stara się zdobyć sławę popu? | Film

2
0


Dla każdego, kto choćby w najmniejszym stopniu interesuje się Hollywoodem, nie jest całkowicie zaskakujące, że Anne Hathaway pojawiła się niedawno w Popcast, podcaście krytyków „New York Timesa”, który stał się głównym miejscem promocji muzyki. W końcu aktorka – której ostatni występ w musicalu przyniósł jej Oscara – odegrała główną rolę w jednym z najlepszych ostatnich filmów, które pokazały na ekranie sławę popu. Nie, to nie jest Mother Mary, nowy psychodram A24, o którym Hathaway krąży w prasie jako światowej sławy diva przeżywająca kryzys duchowy i krawiecki. Myślę o The Idea of ​​You, nieprawdopodobnie błyszczącym romansie z 2024 roku, w którym 40-letnia rozwódka Hathaway spotyka się ze znacznie młodszą piosenkarką, która podejrzanie przypomina Harry’ego Stylesa.

The Idea of ​​You z powodzeniem przekazał ideę, że Hayes Campbell (Nicholas Galitzine) był przełomową gwiazdą miażdżącego boysbandu z 2010 roku, mającego rzeszę dzikich fanów o nazwie August Moon. Mówiąc „udany przekaz” mam na myśli, że w filmie zremiksowano szereg ikonografii w stylu One Direction – wesołe rockowe refreny, gazowaną radość i klasowe wybryki klaunów – w rzeczywiste teledyski i przekonująco banalne bopy. Poprzeczka jest niska; w wielu, wielu filmach powstały specjalne gwiazdy popu i/lub muzyka nawiązująca do alternatywnych historii kulturowych, ale znikoma liczba wykracza poza pastisz. Być echem w zasadzie wystarczy.

Poczułem, że brakuje mi chwytliwego, ale całkowicie zapadającego w pamięć dorobku August Moon, oglądając o wiele bardziej wyrafinowany film Mother Mary, który w podobny sposób bardzo stara się wyczarować magię pokoleniowej ikony popu, remiksując to, co rozpoznawalne. Mnóstwo podpisów diw – Matka Maria dumnie prezentuje się niczym Taylor Swift, oszałamia w spoczynku bogini a la Beyoncé i nosi ozdobne tatuaże na dłoniach Ariany Grande. Dzieli z Lady Gagą imperialny styl, haute stylizację i macierzyńską wyrozumiałość (a także biografię – Lowery wydaje się być bardziej niż trochę zainspirowany kłótnią Gagi w połowie kariery z Laurieann Gibson, dyrektor kreatywną stojącą za jej pierwszymi dwoma albumami). Śpiewa utwory skomponowane przez autorów alt-popu FKA twigs i Charli xcx, a także mistrza produkcji Jacka Antonoffa. Z pewnością ten niezwykle stylowy film zakłada, że ​​gdzieś pośród wiru ikonografii i znaków oraz jednej ukochanej od pokoleń gwiazdy filmowej zobaczysz tę wizję.

Nie zrobiłem tego. Częściowo wynika to z pisarstwa Lowery’ego, który zbyt mocno przeradza się w złowieszczy psychobełkot i ołowiane metafory, ale być może bardziej z pozornie niezmiennego faktu, że niezwykle trudno jest fikcjonalizować gwiazdę popu na ekranie. Z pewnością nie wynika to z braku prób ani troski. Pod każdym względem popowe elementy Matki Marii, mające ubarwić postać, której związek z fandomem służy jako nadrzędna metafora, zostały stworzone z wielkim szacunkiem dla formy sztuki, którą często łatwo odrzuca się jako, no cóż, łatwą. W programie Popcast Hathaway w poetycki sposób opisuje studiowanie muzyki pop jak akademik, a Matka Mary z pewnością wydaje się erudycyjna – oczywiście mówi bzdury, ale jest dobrze zorientowana w precyzyjnej choreografii, boskim wdzięku i ponadprzeciętnej osobowości archetypowej gwiazdy popu. Ale efekt nie jest, jak to ujął FKA twigs w tym samym wywiadzie, „odczuciem totalnym”, pomimo niedoskonałego przybliżenia. Jest odwrotnie i jest to najnowszy rozczarowujący przykład dokuczliwego paradoksu: siła popu jest wszędzie – wzbudzając coraz większe uczucia, uwagę i inwestycje fanów – a prawie nigdzie, przynajmniej w przekonujący sposób, w filmie i telewizji.

Nicholas Galitzine i Anne Hathaway w „Idei ciebie”. Zdjęcie: Alisha Wetherill/AP

Mother Mary, szczerze mówiąc, stawia sobie za bardzo trudne zadanie nie tylko przekonania nas o realności tej muzyki, ale także o jej fikcyjnej popularności, co wymaga niewysłowionej jakości gwiazdy – tej rtęci, która sprawia, że ​​dany wykonawca pojawia się przed kamerą lub tego, dlaczego, powiedzmy, Harry Styles wyróżniał się w One Direction – tego z pewnością nie da się stworzyć, można go jedynie wytrenować. Niemożność odwrotnej alchemii, stworzenia materii legendy kulturowej, jest tym samym powodem, dla którego chlapiąca Daisy Jones & The Six firmy Amazon, która wykorzystała niemal tyle samo gwiazdorskiej mocy, aby stworzyć alternatywnego Fleetwood Mac, zgasła po uderzeniu.

Pomaga polegać na rzeczywistości. Choć ostatecznie „Narodziny gwiazdy” Bradleya Coopera opowiadały o słabnącej męskiej gwieździe rocka, to metatransformacja Lady Gagi – z wysokiego obozu w ogołoconą piosenkarkę i autorkę tekstów o błyskotliwych ambicjach, sprawiła, że ​​hymn „Shallow” stał się crossoverowym hitem. Wyobraźnia alternatywnego, artystycznie skompromitowanego Brat Summer w satyrycznym kpinierze Charli xcx The Moment była ostatecznie apatyczna, ale film przynajmniej mógł spalić część jej lotnej mocy gwiazdy. Ta perspektywa prawdopodobieństwa rzeczywistości, ustalonej rzeczywistości, napędza naszą wieczną fascynację znacznie bardziej udanym gatunkiem muzycznych biografii, od Michaela po Rocketmana, Bohemian Rhapsody po Springsteen: Deliver Me from Nowhere. Fani czy nie, pytanie, czy Austin Butler potrafi przywołać dumę Elvisa Presleya lub czy Timothée Chalamet potrafi zgrzytać jak Bob Dylan, prawie zawsze zastąpi postać wymyśloną hurtowo.

Naomi Scott w Smile 2. Zdjęcie: Album/Alamy

Kilka najnowszych filmów radziło sobie lepiej, gdy wykorzystano sławę popu jako tło akcji, a nie silnik tematyczny. W obu horrorach Trap i Smile 2, wydanych w 2024 r., występy na arenie dla młodych gwiazd stały się centralnym punktem konwencji gatunkowych, zbudowane z teledysków, przeplatających się występów Drew Barrymore z udziałem celebrytów i oryginalnej muzyki odpowiedniej dla muzyka średniej klasy. Recesywny dorobek Skye Riley (Naomi Scott) lub Lady Raven (Saleka Shyamalan, córka reżysera M. Night) sprawdza się w tym sensie, że niektórym (powiedzmy tacie / seryjnemu mordercy Josha Hartnetta) wydaje się typowy, ponieważ jest niezbędny dla młodych fanów. W obu przypadkach przeciętność i jednorazowość są częścią produktu. Być może najlepszą fabularyzowaną muzyką pop, jaką ostatnio pamiętam, jest – i nie mogę uwierzyć, że to mówię – World Class Sinner / I’m A Freak Jocelyn (Lily-Rose Depp), przeciętna piosenka pop z przeklętego serialu HBO „Idol”. To właściwe połączenie głupoty, kampu, demonizmu i desperacko chwytliwego, aby realistycznie (i faktycznie) zyskać popularność w Internecie.

Każdy z nich wytycza jakąś niejasną ścieżkę przez rozległe bagno współczesnych celebrytów; znacznie mniej ma czelność wybić się na róg. Wydany w zeszłym roku kryminalnie niedoceniany film Alexa Russella Lurker strategicznie wykorzystuje klimatyczną, urzekającą muzykę z fragmentami wideo, które stanowią wystarczającą ilość miejsca na portret toksycznego sąsiedztwa, w którym obsesyjny fan wdziera się do otoczenia piosenkarza, które zbyt swobodnie poczuło się, prając zaufanie i zazdrość. Ale to Vox Lux, prekursor Brutalisty z 2018 roku w reżyserii Brady’ego Corbeta, pozostaje najbardziej dzielącym i fascynującym filmem o gwiazdach popu, jaki kiedykolwiek pamiętam, ze względu na jego czarne jak smoła spojrzenie na muzykę pop jako zasadniczo pustą, a sława to faustowski interes; w nim osoba, która przeżyła strzelaninę w szkole, staje się gwiazdą graną przez szyderczą Natalie Portman, ale jej muzyka nie zawiera głębi ani komfortu, a jedynie przemoc metabolizowaną w robaki w uszach, które powoli ją zatruwają. To niesamowicie ponura perspektywa – film, co nie jest zaskoczeniem, zarobił niewiele pieniędzy – ale jest tak szalenie ambitny i wytrącający z równowagi, że zapada w pamięć. (Nie mogę powiedzieć tego samego o muzyce, która jest zarówno zbyt niskobudżetowa, jak i zbyt lekceważąca prawdziwy pop, aby traktować ją poważnie.)

Przynajmniej Vox Lux wyraził pewną nieredukowalną pewność siebie, której nie można znaleźć w diwie Matki Marii. Mimo całej swojej pozy oraz szczeremu zaangażowaniu Hathaway i Michaeli Coel w przeżuwanie scenerii, film jest zaskakująco nieważki – uwolniony od prawdziwych upokorzeń współczesnych gwiazd, uwolniony od presji niejasnego, abstrakcyjnego fandomu, uwolniony od konkretnej historii. W pewnym stopniu niezainteresowany prawdziwą chrząstką sławy popu. Ale żeby być uczciwym, wibracje są łatwe; nawet cały wysiłek świata nie byłby w stanie stworzyć magii popu.