Mozartowi się to udało. Liszt też sławny. Trudno było zatrzymać Bacha i Messiaena – nawet Boulez się bawił. Jednak w pewnym momencie z estrady zniknęła improwizacja; eksperymenty stały się czymś, co można robić prywatnie i z wyprzedzeniem, a nie publicznie i w czasie rzeczywistym. Chyba, że jesteś wenezuelską pianistką Gabrielą Montero, która całą karierę poświęciła przywracaniu sztuki na estradzie koncertowej.
Jak dotąd trzykoncertowa rezydencja Montero w Barbakanie nie dała żadnej szansy – nawet kadencji – więc podejrzewam, że znaczna część publiczności jej solowego recitalu przybyła tam w nadziei, że usłyszy coś więcej niż tylko reklamowany program.
Nie byli rozczarowani. Najpierw jednak dopełniono niemałych formalności związanych z Iberią, recitalem o tematyce hiszpańskiej, który obejmował 250-lecie muzycznych gości i profesjonalnych włamań – Chopina, Domenico Scarlattiego, Liszta – a także lokalnych mieszkańców Granados, Albéniz i Mompou.
Montero jest niezwykle bystrym pianistą; w jej grze jest przejrzystość i płynność, która z tą samą niewymuszoną łatwością odnajduje wewnętrzną logikę Scarlattiego czy Liszta. Sonata klawiszowa cis-moll tego pierwszego (wpleciona w ciągłe dzieło na większą skalę z jego własną Sonatą G-dur i dwiema kolejnymi autorstwa jego ucznia Antonio Solera) miała precyzyjny blask obrazu Zurbarána: czysty, architektoniczny punkt wyjścia dla turystycznego bałaganu mantyli, wachlarzy flamenco i areny byków, które słyszeliśmy w utworach Albéniza (jego burzliwa „Triana” z Iberii i zarozumiała „Sevilla” z Suity Española) i Rhapsodie Espagnole Liszta – brawurowa bliższa, bystra i olśniewająca w ekspansywnym wykonaniu Montero.
Jednak przy tak dużej liczbie krótkich prac trudno było wyjść poza pocztówkową Hiszpanię. „Osiem Valses Poéticos” Granadosa było tak samo bliskie wyprawie terenowej, jak przyszliśmy, a sekwencja eleganckich miniatur nie była tym, czego potrzebował ten imponujący technicznie program. Zamiast tego Montero zapewnił zabawę: trzy improwizacje, dwie do tematów sugerowanych – i śpiewanych – przez publiczność.
Niewzruszony, gdy mała dziewczynka zażądała Mamma Mia zespołu ABBA („Po prostu zejdę jej z drogi i pozwolę, żeby to się stało…”), Montero przekształcił ją w bujną modalną rapsodię, podczas gdy „Here Comes the Sun” Beatlesów stało się najpierw poważnym purcellowskim numerem (ten synkopowany rytm w początkowej frazie zrodził się jako szkocki snap), a na koniec swingującym finałem w stylu ragtime. To był nieoczekiwany bonus wakacyjny, o którym nie wiedzieliśmy, że go potrzebujemy.