Strona główna Kultura Recenzja The Balusters – nagrodzony Pulitzerem dramaturg powraca z mieszanymi wynikami |...

Recenzja The Balusters – nagrodzony Pulitzerem dramaturg powraca z mieszanymi wynikami | Broadway

6
0


Dramaturg David Lindsay-Abaire ma imponująco eklektyczną bibliografię, która obejmuje nagrodzoną Pulitzerem sztukę Rabbit Hole, nagrodzony Tony musical Kimberly Akimbo oraz książkę i teksty do śpiewającej i tanecznej wersji Shreka. Jego nowa komedia „The Tralki” nie skupia wszystkich jego talentów w jednym podsumowującym dziele, wymaga jednak wszechstronnej wyobraźni, aby powołać do życia dziewięcioosobowe stowarzyszenie Vernon Point Neighborhood Association. Nie tak oficjalna jak HOA, ale nie tak życzliwa jak przyjacielskie spotkanie, grupa zbiera się, aby omówić różne kwestie wpływające na bezpieczeństwo, świętość i walory estetyczne dzielnicy w bezimiennym obszarze Stanów Zjednoczonych. (Na podstawie kilku przypadkowych wzmianek wydaje się prawdopodobne, że gdzieś na przedmieściach Waszyngtonu.) Są niezwykle uprzejmi, a nawet przyjacielscy, biorąc pod uwagę, jak bardzo niektórzy z nich zdają się nie tak skrycie nie lubić siebie nawzajem. Czasami trudno stwierdzić, czy znają się zbyt dobrze, by wykazywać zachowania pasywno-agresywne, czy też Lindsay-Abaire nie ma do tego odpowiedniego ucha.

Najnowszą członkinią grupy jest Kyra (Anika Noni Rose), świeżo przeniesiona z dzielnicy Baltimore, gdzie, jak dowiadujemy się, wyjazd jej rodziny został przyspieszony przez incydent z poprzednią grupą z sąsiedztwa. Kyra jest zamożna – prawie każdy mieszkaniec Vernon Point jest – niezachwiana w swoich przekonaniach i – jak każda czarna kobieta na jej miejscu – świadoma reakcji, jakie może wywołać u swoich bogatych białych sąsiadów. Jej pierwszym zadaniem jest dotarcie do niebezpiecznego zakrętu przed jej domem, gdzie kierowcy przekraczający prędkość zostali skierowani na objazdy w związku z instalacją nowej sygnalizacji świetlnej w innym miejscu w okolicy. Ma nadzieję na kolejne światła lub przynajmniej serię znaków stopu; prezes stowarzyszenia Elliot (Richard Thomas) upiera się, że wszelkie dalsze zmiany zrujnują „esplanadę”, jak ją nazywa.

To nie jedyna kwestia sąsiedzka poruszana na licznych spotkaniach organizowanych w ramach The Tralki. Na przykład ten, od którego sztuka wzięła tytuł, to rzekomy problem niewidzialnej sąsiadki, która odbudowała balustradę werandy, używając do podparcia historycznie nieprawidłowych tralek; niektórzy członkowie uważają, że powinni dać jej trochę luzu – w końcu balustrada została przebudowana, aby pomieścić nowo niezbędną rampę dla wózków inwalidzkich – podczas gdy inni (głównie Elliot) wymagają bardziej rygorystycznych przepisów. Lindsay-Abaire w sprytny sposób skupia się na niezliczonych drobnych problemach (skradzione paczki z Amazona, zagubione psie odchody), irytacji interpersonalnych (starsza kobieta wmieszała sąsiadów, bardzo rozbudzona młodsza kobieta, która chce skorygować wszelkie zauważone mikroagresje) oraz szersze problemy społeczne za pośrednictwem jednej grupy, z różnymi partnerami, dziećmi i innymi ważnymi postaciami, o których mowa, ale których nie widać. Jedyną osobą, którą publiczność widzi na scenie, która nie jest członkiem stowarzyszenia, jest Luz (Maria-Christina Oliveras), gospodyni Kyry. Pracowała dla Elliota, ale odeszła z tej pracy w okolicznościach, które pozostają tajemnicze, aż do niezgrabnego monologu w dalszej części sztuki.

Jeśli to wszystko brzmi nieco schematycznie w ogólnym porównaniu odnoszącej sukcesy czarnej mamy z patrycjuszowskim białym dziadkiem, który może cenić zachowanie historii ponad bezpieczeństwo dziecka, cóż, możesz być gotowy na przyłączenie się do walki The Balusters, gdzie krytyka, krytyka krytyki i bezczelne żarty na temat krytyki krytyki szybko się piętrzą. W każdym razie Lindsay-Abaire wydaje się zbyt przekonana do poglądu, że tych dziewięciu sąsiadów to w zasadzie przyjaciele, a przynajmniej starają się zachowywać tak, jak są. Trudno sobie wyobrazić na przykład Ruth (Margaret Colin) ubraną w króliczy futro tylko po to, by zirytować wegańską Willow (Kayli Carter), która w prawdziwym świecie zostanie uznana za uroczy żart. To z kolei utrudnia zrozumienie, dlaczego właściwie te konkretne konflikty przybierają bardziej dramatyczny charakter – różne uprzedzenia i założenia są omawiane od samego początku tak otwarcie i świadomie, że ewentualne wywrócenie się do góry nogami wydaje się bardziej obowiązkowe niż nieunikniona satyra społeczna. Trudniej dramatyzować cichą wrzawę, ale tutaj jest jej zaskakująco mało.

Jednak w tym dziele jest wystarczająco dużo haczyków, aby nawet wbrew sobie The Balusters zapewnić rozrywkę. Jest szczególnie sprytny, jeśli chodzi o przedstawienie (głównie, choć nie wyłącznie, za pośrednictwem Elliota) łagodniejszego konserwatyzmu, który nigdy nie flirtowałby z bezpośrednim trumpizmem, a mimo to ma jasne wyczucie porządku społecznego, a także kolejności działań, które na przykład czarny gej, taki jak Brooks (Carl Clemons-Hopkins), musi uwzględnić, oceniając możliwe uprzedzenia wobec niego. Biorąc to pod uwagę, riffy w dialogach dotyczące autentycznych uprzedzeń i wrażliwości werbalnej nie są tak sprytne i nieprzewidywalne, jak powinny; częściej niż nie, rzekomo ostre żarty są wystarczająco łatwe do przewidzenia. Ale obsada wypowiada te kwestie w tak nienagannym wyczuciu czasu, że i tak często wywołują śmiech. Weteranka sceny i kina Marylouise Burke jest szczególnie zabawna w roli Penny, nieco zgłupiałej, ale nadal osiemdziesięciolatki, która sumiennie protokołuje spotkania, pytając o męża, którego sardoniczna Melissa (Jeena Yi) tak naprawdę nie ma.

W jednej ze scen Lindsay-Abaire czyni Penny nieoczekiwanym głosem rozsądku i wdzięku w momencie, który sprawi, że niektórzy widzowie będą się zastanawiać, czy nie jest jego rzecznikiem, jak najlepiej poruszać się po skomplikowanym świecie uprzedzeń, małostkowości, podziałów rasowych i klasowych oraz zrozumiałych ludzkich słabości. Godną podziwu rzeczą w Tralkach jest to, że łatwo jest zastanawiać się nad tym samym w przypadku dowolnej liczby postaci w innych momentach; mniej godne pochwały jest to, jak często Lindsay-Abaire wyciska tę wielość sympatii dla łatwego aplauzu. Zamiast pozwalać widzom na rozważenie i kwestionowanie różnych punktów widzenia, daje im szansę na poczucie, że mają rację z kilku różnych punktów widzenia – na przykład wtedy, gdy czujący się nękany biały Alan (Michael Esper) żarliwie błaga, aby pozwolił ludziom mającym dobre intencje na ich błędy, po czym zostaje skarcony przez prosto mówiącego Latynosa Isaaca (Ricardo Chavira). Co jeszcze bardziej skandaliczne, kilka emocjonalnych zwrotów zależy od akcji poza sceną, która poprzez odsłonięcie na scenie sprawia wrażenie taniego łajdaka. Czy to wielowątkowa dyskusja, czy seria uroczych pisarskich trików? Tralki bardziej przypominają tę drugą opcję – co sprawia, że ​​gra jest zarówno przyjemniejsza, jak i mniej dźwięczna, niż prawdopodobnie powinna być.